Z życia niusa i projektu

Najpierw będzie trochę o życiu niusa, czyli po nitce do kłębka albo na odwrót. Istotnie, jest to temat, który raz na jakiś czas wraca w publikacjach rozmaitych.
W Interii zobaczyłem najpierw tytuł dość przerażający (odnosił się bodaj do "skandalu informatycznego rządu") chwyt marketingowy zadziałał - kliknąłem i zobaczyłem informację na podstawie artykułu w "GP" zatytułowaną w Interii tak: Informatyzacja bardzo spóźniona. Portal powoływał się na Dziennik Internautów, w którym ta sama (prawie, Interia poprawiła literówki) informacja nosiła tytuł taki: Informatyzacja baaaardzo spóźniona, szczęśliwie dotarłem do odnośnika do "Gazety Prawnej", gdzie nius zatytułowany jest tak: E-administracja jest wciąż na etapie planów. Ufff, koniec. Wydało mi się to ciekawe. Sens artykułów się na szczęście nie zmienia, choć nie jest powiedziane, że się z nim zgadzam.

Przejdźmy rzeczywiście do treści właściwej. Za najbardziej sensacyjną informację autor i jego kontynuatorzy przyjęli taką oto, że Komitet Rady Ministrów ds. Informatyzacji i Łączności nie zebrał się ani raz od czasu wyborów. Przypomnę tylko za Vaglą:

Do zadań Komitetu należy "inicjowanie i opiniowanie projektów dokumentów rządowych w zakresie związanym z informatyzacją administracji publicznej, rozwojem społeczeństwa informacyjnego, łącznością, rejestrami publicznymi, zastosowaniem technologii informacyjnych w budowie gospodarki opartej na wiedzy oraz przygotowaniem organów administracji państwowej do współpracy z Systemem Informacyjnym Schengen (SIS) i Systemem Informacji Wizowej (VIS)".

Wcale mnie to nie martwi, że się nie zebrał. Najchętniej rekomendowałbym jego niezbieranie się w ogóle - projekty niech idą sobie swoim pragmatycznym torem i kolejno radzą sobie z przeciwnościami prawa i losu. Jesteśmy specjalistami od powoływania rozmaitych ciał, rad mędrców, zespołów ekspertów najwyższej klasy - konia z rzędem temu, kto wskaże praktyczne wsparcie dla jakiejkolwiek innowacyjnej inicjatywy płynące z takiego zespołu. Pisząc praktyczne mam na myśli istotnie zmieniające losy projektu i zmieniające na lepsze. Chcę przy tym podkreślić nie jestem przeciwnikiem eksperckiej refleksji nad projektami informatycznymi nie jestem nawet przeciwnikiem refleksji politycznej. Wolałbym jednak, żeby ważne z punktu widzenia teleinformatyki działy się bez udziału politycznych rad, które siłą rzeczy nic nie mogą mieć do powiedzenia na temat szczegółów tych wdrożeń, zaś na temat uwarunkowań ogólnych i tak muszą akceptować ustalenia polityczne, budżetowe, strukturalne, że o osobistych układach - bez wskazywania kogokolwiek czy czegokolwiek - nie wspomnę.
W artykule Gawrychowskiego zaskoczyło mnie kilka rzeczy, pierwsza jest taka:

Zastój w informatyzacji urzędów centralnych znalazł też odbicie w wynikach spółek informatycznych, które zostały zmuszone do zarabiania na innych rynkach niż publiczny. Przedstawiciele branży wręcz podkreślali, jak bardzo uniezależnili się od rządowych zamówień.

No to dopiero! Uniezależniły się a narzekają i jeszcze zostały zmuszone do tego, żeby poszukać sobie miejsca na trochę bardziej konkurencyjnym i wymagającym rynku. Na dobre im to wyjdzie, lepiej dadzą sobie radę potem w realizacji projektów rządowych. A i nam, konsumentom efektów ich pracy też nie zaszkodzi.
Kolejny zupełnie, moim zdaniem, nie trafiony sąd zawarty w artykule wypowiedziała Ewa Zborowska z IDC. W artykułach "pochodnych" streszczono go tak: Poniekąd jest to wytłumaczalne tym, że w obliczu wielu problemów społecznych w Polsce informatyzacja nie jest priorytetem dla rządu. To pułapka bardzo szkodliwa. Nic nie ma bardziej wartościowego dla rozwoju społecznego tego kraju niż rozwój społeczeństwa informacyjnego! Łatanie problemów społecznych tu i teraz kosztem rzetelnego inwestowania w nowoczesność społeczeństwa nigdy się nie skończy.
Jeśli powstaje - jak donosi "GP" - raport o klęsce PESEL2 i nikt się tym nie przejmuje, to mnie to szczerze mówiąc nie dziwi. Brałem onegdaj udział w pracach nad raportami dotyczącymi wdrażania działania 1.5 ZPORR. Co jeden to bardziej alarmujący, w końcu powiedzieliśmy wprost: marnujemy unijne pieniądze przeznaczone na budowę społeczeństwa informacyjnego!! Ktoś się przejął? Wątpię.
Wniosek z tego taki, że nie raportami robi się projekty. Nikt nie przekona mnie do tego, że braki w chęciach i kompetencjach można nadrobić produkcją alarmujących raportów albo tworzeniem i spotykaniem się, choćby co tydzień, uczonych rad i komitetów. Żeby kluczowe projekty PIP zostały zrealizowane trzeba chcieć to zrobić i umieć to zrobić. O pieniądze dba UE, na razie dba...